„Stażyści”, czyli zgrabna komedia z Google w tle

Kultura już dawno stopiła się z przestrzenią korporacji, o czym świadczy coraz częstsze inwestowanie w product placement. Mieliśmy już film o Facebook’u, przyszła więc pora na markę Google, która za sprawą „Stażystów”, reżyserowanych przez Shawna Levy’ego, weszła do grona firm przestających podbijać wyłącznie strefę wirtualną.

Walka o prywatnych sponsorów nie jest oczywiście niczym nowym, ponieważ tego typu działalność podyktowana jest głównie względami praktycznymi. Odkąd wzmacnianie prywatnej przedsiębiorczości doprowadziło do zubożenia sektora publicznego, niezbędne stało się poszukiwanie alternatywnych źródeł finansowania, jednak o ile „kulturowy sponsoring” w początkowej fazie rozwoju stanowił uczciwą wymianę dóbr pomiędzy korporacjami i instytucjami, o tyle współcześnie najczęściej traktowany jest jak marketingowe oszustwo. Trudno się więc dziwić, że wiele osób szło oglądać „Stażystów” z niemałym dystansem, spodziewając się filmu z klasycznym przerostem formy nad treścią. Czy dwugodzinny projekt, w którym reklama Google pojawia się praktycznie w każdym ujęciu może cieszyć się zainteresowaniem odbiorców? Okazuje się, że może.

Dotychczasowym celem rozmaitych korporacji było sprawienie, żeby poszczególne towary stanowiły integralną część opowiadanych historii, można więc potraktować „Stażystów” jak eksperyment formalny. Mimo wszystko wydaje się jednak, że twórcom udało się osiągnąć spory sukces. Kumulacja treści reklamowych została znakomicie wpisana w przestrzeń rzeczywistości filmowej, przez co w pewnym momencie markowy Google przestaje nam już po prostu przeszkadzać. Treść z pewnością nie będzie dla nikogo zaskoczeniem, przede wszystkim dlatego, że schematy filmowe określane mianem „lekkich” oparte są na identycznych konwencjach. Niemniej jednak ostateczny rezultat pozbawiony jest nadmiernego patosu i poprawności politycznej. Film opowiada historię dwóch przyjaciół – Billy’ego (Vince Vaughn) i Nicka (Owen Wilson) – którzy po wylądowaniu na bezrobociu postanawiają – pomimo braku doświadczenia – zaczepić się w branży informatycznej. Ich wybór pada na Google, który oferuje bezpłatny staż, dający szansę na pozyskanie atrakcyjnej posady, problemem jest jednak wiek głównych bohaterów, zdecydowanie przekraczający średnią budowaną wspólnymi siłami przez resztę firmowych kolegów. Humor oparty jest więc na konflikcie pokoleń, wynikającym przede wszystkim z niekompetencji Billy’ego i Nicka, zajmujących się do tej pory sprzedażą…zegarków. Fabuła, choć banalna i przewidywalna, okazuje się dostarczać przyjemnych wrażeń, dlatego jeżeli ktoś nie ma pomysłu na zagospodarowanie kolejnego leniwego weekendu, może z powodzeniem spędzić go w kinie. „Stażyści” bez wątpienia będą trafionym wyborem.

Zdecydowanym plusem jest także sam schemat gagów, w których humor nie jest ani wulgarny, ani oklepany, dlatego niewątpliwie można wybrać się na seans rodzinny, bez strachu o to, że po raz kolejny zostanie się uraczonym erotycznymi podtekstami czy też skomplikowanym słownictwem branżowym, charakterystycznym dla działalności firm informatycznych. Nawiązania do najlepszych komedii z lat 90. są bardzo widoczne, dając w rezultacie doskonałą mieszankę wyważającą wszystkie elementy, przez co konstrukcja świetnie wpisuje się w ostateczny kontekst, nie będąc nachalną nawet wtedy, kiedy na do widzenia zostajemy nakarmieni radosnym morałem o wartościach korporacji. Jeżeli ktokolwiek po „Stażystach” będzie spodziewał się wybitnego arcydzieła z pewnością będzie rozczarowany, jednak jeżeli poszukujemy czegoś, co sprawi, że będziemy się po prostu dobrze bawić, film Shawna Levy’ego będzie numerem jeden.

banner ad

Zostaw Komentarz